Pokazywanie postów oznaczonych etykietą eciepecie napisali w gazecie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą eciepecie napisali w gazecie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 września 2018

tell me lies tell me sweet little lies...

Ambasador RP: „Brexit to szansa na powrót Polaków do kraju”

“Rząd w Polsce ma nadzieję, że potrzebująca rąk do pracy kwitnąca gospodarka zachęci Polaków z Wielkiej Brytanii do powrotu” – czytamy w Daily Telegraph.
Gazeta przeprowadziła rozmowę z ambasadorem RP w Londynie Arkadym Rzegockim, który zapewnił, że ściśle współpracuje z władzami brytyjskimi, aby zagwarantować milionowi Polaków na Wyspach „bezpieczną przyszłość”.
Jednocześnie ambasador wyraża nadzieję, że silny wzrost gospodarczy sięgający w tym roku 5 proc., zachęci Polaków do podejmowania decyzji o powrocie do ojczyzny.
Mamy bardzo niskie bezrobocie i potrzebujemy więcej ludzi. Dlatego staramy się przede wszystkim zachęcić Polaków do powrotu– powiedział Rzegocki.
Z pewnością niepewność i słabszy funt także są powodami, dla których wiele osób podejmuje decyzje o powrocie– dodał dyplomata.
Innymi atutami Polski wymienionymi przez ambasadora są też niższe niż w UK koszty życia w Polsce, wysoki wzrost płac oraz większe poczucie bezpieczeństwa publicznego.
KLIK


piątek, 10 sierpnia 2018

dobranoc


Większość Brytyjczyków chce drugiego referendum w sprawie wyjścia z Unii Europejskiej - wynika z sondażu YouGov.
I gdyby do niego doszło, tym razem zdecydowaliby się pozostać w UE
KLIK

wtorek, 1 maja 2018

do podusi

Robert Rient: Przez Ciebie zacząłem fantazjować o Stingu.
Katarzyna Nosowska: To dołączyłeś do przynajmniej połowy Polski. Parę lat temu udzielił wywiadu, w którym wyznał, że kocha się z żoną kilkanaście godzin. Podjęłam dyskusję z różnymi mężczyznami, również muzykami z mego zespołu, i większość z nich utknęła na pytaniu: jak to jest możliwe.
-„Zanim postanowisz zmaltretować delikatną wyściółkę jej wnętrza, zrób testy na sobie. Trzyj przez godzinę non stop wierzch swojej dłoni. Wynik końcowy nie będzie i tak miarodajny, bo ręka bywa w świecie, jest zahartowana”.
-Wielu mężczyznom wydaje się, że seks to nieustające tarcie, ścisnąć pierś kilka razy, wsadzić i trzeć, cały czas. Nie to Sting miał na myśli. Subtelna, delikatna, miękka kobieca wyściółka nie wytrzymałaby kilkunastogodzinnego tarcia, a nawet jeśli, przy zaciśniętych zębach, by wytrzymała, skończyłoby się wielomiesięczną rekonwalescencją.
-W swojej książce A ja żem jej powiedziała napisałaś, że: „Sting pewnie nadał imiona wszystkim pieprzykom żony i z każdym z nich zamienia kilka przyjaznych zdań, zanim rozgości się w jej waginie”.
-To z kolei jest moja fantazja na temat poczynań Stinga, która jednak rzuca pewne światło na to, czym seks również może być, poza już omówionym tarciem. Sting eksperymentował z tantrą, w której chodzi bardziej o spotkanie, napięcie, patrzenie sobie w oczy, pracę umysłu, a nie tak zwaną penetrację.

całość tu:KLIK

takiego Stinga każdej z Was życzę
a sobie muszę kupić książkę Kasi :)


Andrzej Tylkowski Rysunki

amen

Magdalena Rigamonti- Chłopiec umarł.
Dr Marcin Rawicz:-Nareszcie.
-Cieszy się pan?
-Nie. Na szczęście przywrócono mu naturalny proces umierania. W sytuacjach, które są krańcowe, trzeba dać dziecku spokojnie umrzeć, nie wytaczać armat, nie dręczyć.
-No dobrze, a co to znaczy ratować?
-A co pani przez to rozumie?
-Że nie odłączycie od respiratora, że będziecie reanimować, że dacie nadzieję.
-Jeżeli leczenie zmierza donikąd i tylko przysparza cierpień pacjentowi, to lepiej jest taki proces przerwać. Oczywiście, zachowując elementarne zasady terapii paliatywnej sformułowane przez doc. Dangla, twórcę Warszawskiego Hospicjum Dla Dzieci. Dziecka ma nie boleć, nie ma być mu duszno, nie ma być mu zimno, ma nie być głodny i ma się nie bać.
źródło:Dziennik.pl


choroba i śmierć szczególnie dziecka jest bólem nie do opisania
ale nie można kochać miłością egoistyczną i samolubną

„Zgoda na odstąpienie od uporczywości terapeutycznej, czyli leczenia, które dla chorego oznacza więcej bólu niż korzyści,
to znak prawdziwej, dojrzałej miłości”
ksiądz Jan Kaczkowski


to co jest poniżej pozostawię bez komentarza...





niedziela, 1 kwietnia 2018

moje bąki z głowy

*bąki z głowy-inaczej gówniane myśli pojawiają się wtedy,kiedy zamiast mózgu masz ***** a mimo wszystko starasz się myśleć












 a teraz parę słów o mnie
Nie powinno się skracać włosów, gdyż strzyżone rosną do wewnątrz głowy
i przeszkadzają w pracy mózgu
John Lennon

poniedziałek, 5 marca 2018

nadal poniedziałek




powoli wszystko wraca do normalności
na ulicach ruch
półki zapełniają się towarem (klik)
znowu pada deszcz



czwartek, 1 marca 2018

czwartek






edit: 08:12

środa, 28 lutego 2018

dobranoc







BBC News KliK
square KliK
Edinburgh Evening News



wygląda śmiesznie ale tu to naprawdę katastrofa



piątek, 5 stycznia 2018

dziwny jest ten świat...





czwartek, 20 lipca 2017

przeraża mnie ten świat



czwartek, 8 czerwca 2017

dobranoc










trochę mam do opisania
ale nie mam siły
może jutro

poniedziałek, 8 maja 2017

taki se poniedziałek

magazynsquare.pl

Podczas dzisiejszej przemowy w Londynie, Theresa May zapewniła swych zwolenników, że po Brexicie swoboda przemieszczania się zostanie bardzo ograniczona.
Jak powiedziała brytyjska premier:

Jest ważne, byśmy nadal mówili, i będziemy mówić, że naprawdę chcemy zmniejszyć imigrację netto do możliwego do utrzymania poziomu. Uważamy, że (ten poziom) to dziesiątki tysięcy.

Stanowiąca źródło informacji agencja Reuters podkreśla, że w wyniku przegłosowania Brexitu, w okresie od września 2015 do września 2016 r. liczba nowych imigrantów była najniższa od 2014 r.



piątek, 24 lutego 2017

dobranoc


a ja czuję się świetnie
(wbrew różnym sugeracjom o terapeutach :P )
owszem miewam czasem złe dni,ale bywało gorzej

nie jestem bogata,ale też nie muszę się martwić czy wystarczy mi do końca miesiąca
jestem z daleka od Młodego ale też blisko mam Siostry więc nie jestem sama
jestem zdrowa,mam wymarzoną pracę i dużo czasu dla siebie



niedziela, 9 października 2016

news



















sobota, 25 czerwca 2016

piątek/sobota

tak,tak ja też miałam napisać o TYM

że nastroje tak jakby bardziej nerwowe


i ta niepewność i strach o jutro
i nie mam na myśli  tylko rodaków ale i tubylców takich jak np. mój szef ,gdzie jego biznes stoi pod znakiem zapytania

miałam napisać,że nie po to zaczynam nowe życie,żeby....
i miałam wkleić to
miałam
ale
najpierw rozbroiła mnie Margo
a potem zaczął padać deszcz

otworzyłam szeroko okno
zgasiłam światło
nie ma mnie.....



piątek, 24 czerwca 2016

piątek

Oficjalne wyniki referendum w sprawie Brexitu nie pozostawiają złudzeń - wyjście Wielkiej Brytanii z UE poparło 51,9 proc. Jeszcze w nocy wydawało się, że Brytania pozostanie w UE, ale potem obóz przeciwników Unii wyszedł na prowadzenie.
W referendum w sprawie Brexitu wzięło udział 33,5 mln głosujących. Za wyjściem z UE opowiedziało się 17 mln 410 tys., a przeciwko było 16 mln 141 tys. - podała brytyjska komisja wyborcza.

źródło


czwartek, 23 czerwca 2016

dobranoc

Pierwsze, sondażowe wyniki referendum podane po zamknięciu lokali wskazywały, że Brexitu nie będzie.
Szacunki wyników tuż po zakończeniu głosowania przedstawiła firma badawcza YouGov, która wcześniej trafnie przewidziała wynik szkockiego referendum ws. niepodległości. Wskazują one, że 52 proc. Brytyjczyków zagłosowało za pozostaniem w UE, 48 proc. było przeciw.
źródło


środa, 22 czerwca 2016

środa



Już 23 czerwca Brytyjczycy  w referendum zadecydują o przyszłości Zjednoczonego Królestwa odpowiadając na pytanie – zostajemy w Unii Europejskiej czy ją opuszczamy.


ponoć (...)Szkotom podoba się w Unii.
Głośno jest o tym, że jeśli Wielka Brytania wyjdzie z Unii Europejskiej, to wzmocni separatystów w Szkocji i Irlandii Północnej. Ponad 80 artystów ze Szkocji napisało jednak list to gazety "The National" z poparciem dla Unii. Ich zdaniem "artystyczna i kulturalna przyszłość Szkocji" byłaby zagrożona, gdyby w referendum zwyciężyli zwolennicy wyjścia z UE. Zagrożone byłyby też miejsca pracy w sektorach kreatywnych.
źródło


a ja?
ja dziś mam wolne,leniuchuję :)

fot.Greg Macvean



piątek, 18 marca 2016

nie ma co martwić się na zapas ale...

źródło:wysokie obcasy

Nagle cała blacha ciasta, które właśnie upiekłaś, jest tylko dla ciebie. Nie masz z kim się podzielić. Tęsknota rośnie wprost proporcjonalnie do wielkości twojej pupy
 Nie zrozumiesz, dopóki nie wyjedziesz. Bycie emigrantem to stan ducha i umysłu. "Przesadzasz" - ktoś zaraz powie - "przecież wiele osób ma się świetnie". Pewnie, że są i tacy ludzie. Są jednak i ci, którzy obijają się o szklane ściany. Sądzę, że stanowią połowę wszystkich emigrujących. Nie, nie chodzi o to, że życie na emigracji przypomina wspinaczkę po stromych górach, ale idealnie też nie jest. Emigracja zawsze ma jakąś cenę.

Jak komuś wytłumaczyć, co to jest tęsknota? Jak ostrzec przed tym, co go czeka? Nie da się. Doświadcza się tego tylko na własnej skórze. Owszem, można mówić, że będzie ciężko, że to nie jest do końca "dream come true", ale nikt nie uwierzy. Bo przecież wyjazd za granicę jest jak podróż do Nibylandii. Wszystko tam jest, ale czasem trochę na niby.

Ściana #1.

Zaczyna się od rejestracji w danym kraju. Rejestrować się czy nie? Niby banalne pytanie, ale... Może będą dodatkowe podatki? Czy w zasadzie zostaniemy tu na dłużej? Czy to tylko przelotny romans z tym krajem? Sto pytań.

Każdy mówi co innego. Trochę się gubisz.

Idziesz do gminy i na dzień dobry stajesz w kolejce emigrantów. Ludzie ustawiają się przed budynkiem o 7 rano, jednak dopiero o godzinie 9 dostają bileciki do okienka.

Uff... Jesteś przy okienku. Masz numer milion pierwszy i czekasz bite 4 godziny. Pamiętaj, żeby rozmawiać po francusku lub flamandzku. Będą krzyczeć i się foszyć, jeśli spróbujesz coś załatwić po angielsku.

Udaje ci się dogadać łamanym francuskim. Przynosisz sto razy dokumenty, żeby się zarejestrować - za każdym razem odsyłają cię z kwitkiem i prośbą o inne dokumenty. Jak masz szczęście, to w jakieś 2-3 miesiące uda się w końcu i dostaniesz ten cholerny papierek.

Ściana #2.

Praca. Jeśli jeszcze nie znasz dobrze języka, to jest dramat. Firmy międzynarodowe dają jednak jakieś szanse. W zasadzie wykształcenie nie jest tak istotne jak znajomość języków.

Czemu nikt tego nam nie mówił w liceum?

Jak masz szczęście i znasz języki obce, to coś znajdziesz. Jak nie, to liczysz na to, że akurat w korpo szukają tylko z angielskim i uda się załapać.

Udaje się? Super! Nie? To masz problem. Pewnie prędzej czy później wracasz do kraju. Ewentualnie zostajesz i pracujesz fizycznie.

W scenariuszu, w którym się udaje: nie znasz w ogóle prawa pracy, podatków, wynagrodzeń netto i brutto. Jak to wszystko ogarnąć? Jak trafisz na uczciwego pracodawcę i/lub dużą firmę, to wszystko jest OK. Gorzej, jak trafisz do mniejszej firmy, gdzie ludzie niechętnie informują cię o tym, co możesz, a czego nie.

Mija pierwszy miesiąc. Zaczynasz powoli rozumieć, ale tak naprawdę minie dużo czasu, zanim poznasz w pełni swoje prawa.

Odpracowujesz każdą wizytę u lekarza. Pod koniec roku okazuje się, że to nie było potrzebne. Dlaczego nikt nic nie powiedział?

Dwa lata zajmuje ci zrozumienie rzeczy, które w Polsce wiesz po miesiącu.

Ściana #3.

Udało się! Masz pracę, mieszkanie. (Wynajęte po znajomości, bo jak chcesz wynająć przed rozpoczęciem pracy, to graniczy z cudem. Nikt nie chce wynająć mieszkania bezrobotnemu, nieważne, ile masz kasy). Możesz zacząć żyć. Tak jakby.

Bo najpierw jest nauka. Idziesz na kursy językowe, żeby jakoś się dostosować i lepiej poruszać po kraju. Poznajesz innych ludzi. Jest OK.

Twoi znajomi po pracy idą do domu lub na imprezę, a ty zasuwasz trzy razy w tygodniu po trzy godziny zajęć wieczornych i uczysz się.

I tak przez kolejne 2-3 lata. Praca - kursy - dom.

Ściana #4.

Tęsknota. Życie się normuje. Po aktywnym okresie ogarniania nowego życia zaczyna ci brakować tego, że w weekend idziesz z przyjaciółką na kawę lub spotykasz się z rodziną na obiad.

Nagle ta cała blacha ciasta, które właśnie upiekłaś, jest tylko dla ciebie. Nie masz z kim się podzielić. Tęsknota rośnie wprost proporcjonalnie do wielkości twojej pupy.

To stan ciała i umysłu nie do opisania i nie do zrozumienia przez kogoś, kto nie doświadczył życia na emigracji... (I nie mówię o przypadkach wyjazdu na rok czy dwa, mówię o perspektywie zostania na zawsze!).

Omijają cię śluby, urodziny znajomych, narodziny siostrzenicy. Rodzą się dzieci, odchodzą najbliżsi. A ciebie nie ma. Nawet wtedy, kiedy bliscy potrzebują cię najbardziej. Masz wyrzuty sumienia.

Wpadasz czasami na weekend. I co? I siejesz tylko zamęt.

Jednak taka była twoja decyzja: wyjechać z kraju i lepiej żyć.

W święta ciągle dylemat, jechać do mojej rodziny czy teściów? Wraz z partnerem decydujecie się rozdzielić, bo każdy chce spędzić czas w gronie najbliższych. Słyszysz komentarze, że to jakaś dziecinada.

Tu znajdziesz wszystkie listy emigrantek z akcji "Polki bez granic"

Ściana #5.

Tracisz swoją tożsamość. Nie jesteś ani tu, ani tam. Tęsknisz za domem, ale nie ma cię na tak długo, że tracisz kontakty.

Otwierają się nowe miejsca w twoim mieście i nie nadążasz za tym wszystkim. Znajomi pytają się, gdzie chcesz iść na piwo, a ty nie wiesz. Niektórzy patrzą na ciebie jak na pańcię zadzierającą nosa.

W nowym kraju chodzisz do miejsc dla turystów. Ty i większość twoich znajomych to przyjezdni. Stajesz się klasycznym słoikiem, i tu, i tam.

Za granicą zawsze jesteś tą Polką, która przyjechała, a w Polsce - tym obcym, co wyjechał. Bądź tu mądry...

Ściana #6.

Związek. Partner staje się twoim całym światem.

To jedyny łącznik z tamtym światem. Jesteście sobie tak bliscy, że czasem się dusisz.

Próbujecie zmagać się wspólnie z każdym dniem. Jak jedno ma kryzys, to i drugie podupada. Nie masz żadnego filaru, wsparcia w postaci przyjaciół z dzieciństwa, rodziny. Jesteście tylko we dwójkę.

Jak związek się rozpada, to nie wiadomo, co zrobić. Rozstać się? W tej sytuacji to przerażające

Ściana #7.

Wyrzuty sumienia. Sama chciałaś. Ciężko wrócić do kraju, bo teraz prowadzisz tu wygodne życie. Zaczynasz je lubić, mimo tych wszystkich wyrzeczeń. Jakaś część ciebie chce jednak wrócić - tam są twoje korzenie.

Więc codziennie rozmyślasz: wrócić czy zostać? Co robić? Jak widzisz swoje życie za 2-5 lat? A co będzie, jak pojawią się dzieci? Jak rodzice będą starsi? A im dłużej mieszkasz za granicą, tym bardziej zdajesz sobie sprawę, że coraz ciężej wrócić.

Podoba ci się to inne życie, międzynarodowość. Powrót wydaje się... szarobury. Nie mówiąc już o komentarzach złośliwców: "O! wrócił syn marnotrawny".

Za granicą lepiej zarabiasz. To główny powód rozterek. I jest ci z tym głupio. Że wybierasz kasę. Stać cię w końcu na wyjazdy, wakacje, weekendowe wycieczki, lekarza, fajny prezent dla rodziców, wsparcie finansowe dla rodziny.

Jedni powiedzą: życie powinno być łatwe i przyjemne. Inni ocenią, że jesteś materialistką.

Co będzie, to będzie

Życie za granicą jest fajne, ale nie zapominajmy, że to też wyzwania.

Nie jest zawsze tak kolorowo. I zamiast oceniać osoby, które zdecydowały się na wyjazd, trzeba się zastanowić, dlaczego tak zrobiły i jaką cenę za to płacą.

Próbujemy ogarniać życie po swojemu i nie każdemu to się musi podobać. Nam też często nie jest łatwo. Ale to nasze życie i nasze decyzje. I bez względu na to, gdzie wylądujemy na starość, to pewnie zawsze czegoś będziemy żałować lub za czym innym tęsknić.

Czy warto wyjechać? Nie wiem, ciągle się nad tym zastanawiam.

Wiem jedno: jestem dumna, że doszłam do pewnych rzeczy sama! Nikt niczego za mnie nie załatwił. Powoli, w swoim tempie ogarnęłam życie.

Czy myślę o powrocie? Codziennie. Ale też wiem, że wyjeżdżając, będę tęsknić - mam stabilną sytuację, a wracając do Polski paradoksalnie jadę w nieznane.

Co będzie? Nie wiem. Staram cieszyć się życiem. Co będzie, to będzie. Życie pokaże.

sobota, 8 listopada 2014

sobota

Dlaczego dorosłe dzieci zrywają więzy z rodzicami?-Agnieszka Jucewicz rozmawia z Ewą Chalimoniuk, psychoterapeutką

Może kiedyś będziemy w stanie dostrzec, że jednak coś od tych rodziców dostaliśmy, że tak zupełnie nas nie zniszczyli. I to będzie oznaczało, że patrzymy już na nich oczami osoby dorosłej, a nie skrzywdzonego dziecka


Ewa Chalimoniuk - psychoterapeutka PTP związana z Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie. Prowadzi terapię indywidualną, rodzinną i grupową. Specjalizuje się w pracy z osobami po stracie i z doświadczeniem traumy

Co takiego sprawia, że dorośli ludzie zrywają kontakt ze swoimi rodzicami?

Najczęściej decydują się na to osoby z rodzin dysfunkcyjnych, wobec których dochodziło do emocjonalnych, fizycznych albo seksualnych nadużyć. Ale też ludzie, którzy czują się nieprzyjmowani przez rodziców takimi, jacy są - bo np. nie chodzą do kościoła albo mają inną orientację seksualną. To są również ci, których rodzice w ogóle nie widzieli.

Jak to?

Miałam pacjentkę, której matka nigdy "nie pamiętała", ile ona ma lat, "nie wiedziała", co studiuje, i za każdym razem, kiedy się z nią widziała, stawiała na stół mięso, chociaż córka była wegetarianką. Nic się nie zmieniło, kiedy pacjentka miała lat 60, a jej matka - 85. Matka nigdy nie była zainteresowana tym, żeby kochać, tylko wyłącznie tym, żeby ją kochano.

Zresztą takie dzieci potem w dorosłym życiu często doświadczają powtórnego, a nawet wielokrotnego odrzucenia przez rodziców.

Jak takie powtórne odrzucenie wygląda?

Np. ludzie ci w pewnym momencie zbierają się na odwagę i przypominają rodzicom o krzywdach, których doznali w dzieciństwie, albo upominają się o szacunek dla swoich wyborów. Liczą na to, że ich krzywda zostanie w końcu uznana, że zostaną przez tych rodziców wreszcie przyjęci - ze swoim żalem, złością, poczuciem opuszczenia. Im już nie chodzi o słowo "przepraszam", ale o akceptację

Chcieliby usłyszeć: "Kocham cię takiego, jaki jesteś"?

To jest to największe marzenie, ale chyba w takich przypadkach nadzieja na to, że to się usłyszy i że to będzie szczere - jest niewielka. Oni chcieliby przynajmniej usłyszeć: "Masz rację, było tak, jak mówisz" albo "Tak, to prawda, nie widzieliśmy ciebie, nie zdawaliśmy sobie sprawy, że ty tak przeżywasz. Widzieliśmy tylko swoje wyobrażenia, swoje potrzeby, swoje lęki, swoją złość". To nie muszą być dokładnie te słowa. Chodzi o przekaz, intencję.

A co zwykle słyszą?

"A co ty mi opowiadasz!", "Wymyślasz sobie!", "Chyba nie wiesz, do kogo mówisz?!" Pamiętam pacjentkę, która była wykorzystywana seksualnie przez ojca, a kiedy po latach terapii, wspierana przez męża i jego rodzinę, zdobyła się na to, żeby się z nim skonfrontować, usłyszała: "Sama się o to prosiłaś!". Zresztą matka powiedziała jej to samo. Wina po raz kolejny została przerzucona na nią.

Zerwanie więzi jest dla takich osób rodzajem ratunku?

Nie w sensie życia, chociaż i tak się dzieje. Ale w sensie ochrony elementarnej godności, szacunku do siebie, poczucia własnej wartości, a przede wszystkim - kondycji psychicznej. Osoby, które decydują się na ten krok, mówią, że kontakt z rodzicem, który bez przerwy ich odrzuca, powoduje chaos emocjonalny. One nie wiedzą, co mają myśleć, kto ma rację, czy mają prawo tak się czuć. Po takim kontakcie czują się wręcz "chore" i muszą długo dochodzić do siebie. W grupie, w której pracuję z takimi osobami, ktoś powiedział, że po każdej wizycie u rodziców czuje się, jakby mu "upuszczano krew". Coś w tym jest. Wycofanie się z takiej destrukcyjnej relacji sprawia, że przestaje się żyć w napięciu, w ciągłym oczekiwaniu, że może rodzice wreszcie mnie usłyszą.

A co z nadzieją, że oni się jednak zmienią?

Ona jest wiecznie żywa. W tym pierwszym odruchu zerwania kontaktu zwykle o to chodzi, żeby rodzic przejrzał na oczy, zobaczył, co traci. I przez tę stratę zobaczył mnie.

Z taką nadzieją chyba trudno się pożegnać?

A ja myślę, że czasem właśnie trzeba. To nie oznacza, że koniecznie musimy się pożegnać z tym konkretnym rodzicem, ale właśnie z nadzieją, że on będzie inny.

Bo nie będzie?

Mała szansa, że on się diametralnie zmieni, że pójdzie na terapię, zobaczy swoją odpowiedzialność. Chociaż czasem takie radykalne cięcie sprawia, że ten rodzic się reflektuje, coś na miarę swoich możliwości zaczyna rozumieć - i tę więź można próbować odbudować na nowych zasadach, jeśli jest wola z obu stron. I jeśli on nie udaje, że się zmienił tylko z lęku, że zostanie sam. Ale ta relacja nigdy nie będzie taka, jak ją sobie wymarzyliśmy.

Co pomaga nam zaakceptować to, że ten rodzic się już nie zmieni?

Dostrzeżenie, że on być może nie potrafił inaczej, że może sam był ofiarą nadużyć. Tak samo jak on krzywdził nas, jego krzywdziła na przykład matka, a wcześniej matka matki. Takie wzorce często są przekazywane z pokolenia na pokolenie nieświadomie. Nie chodzi o to, żeby tego rodzica usprawiedliwiać, tylko żeby zobaczyć go w całym kontekście.

Jeśli krzywda jest wielka, to trudne.

Czasem to wręcz niemożliwe. Trzeba się bardzo wzmocnić, żeby umieć i chcieć to zobaczyć, ale to się dzieje. Ludzie to robią przy pomocy terapeutów, wspierających przyjaciół albo kiedy założą rodzinę i znajdą w niej oparcie. Zaczynają widzieć, że owszem, mają swoje ograniczenia i wady, ale to nie oni są zaburzeni, to nie oni zawinili, chociaż wciąż to słyszą. Znajdują w sobie tyle siły, że umieją postawić rodzicom granicę i nie dają się dłużej ranić. Przeżywają stratę tego, czego nie dostali, a co im się należało "jak psu micha", ale też umieją się dokopać do tych - jak to nazywam - "wysepek dobra", na których da się zbudować coś pozytywnego.

Co może być taką "wysepką dobra"?

To może być nawet poczucie wdzięczności, że ja żyję dzięki nim, że dzięki nim mam męża, dzieci, które są dzisiaj dla mnie najważniejsze na świecie. Może oni nigdy mnie nie przytulili, nigdy nie powiedzieli "kocham", ale za to zawsze byłam syta, ubrana, miałam książki. To już coś. To nie muszą być wielkie rzeczy.

Miałam pacjenta, który miał dramatyczną relację z ojcem - katem, był po próbie samobójczej. Czuł, że zawiódł w roli męża i syna, i to było dla niego nie do zniesienia. Na początku wydawało się, że w jego historii rodzinnej są tylko zgliszcza, że nie uda mu się zobaczyć w tym ojcu niczego dobrego, ale po jakimś roku zaczęło mu się przypominać, jak ojciec pękał z dumy, kiedy on zwyciężał w walkach na pięści na podwórku z innymi chłopcami. Bo ojciec z kolegami wymyślili sobie taką rozrywkę, że synów wystawiali do "walk kogutów".

I to wspomnienie naprawdę pozwoliło mu jakoś ocalić tę relację w pamięci?

Paradoksalnie - tak, chociaż na początku musiał wyrzucić z siebie całą tę żółć, nienawiść i złość na ojca, ale też ulgę, którą poczuł, kiedy ojciec zapił się na śmierć. Kiedy te emocje się w nim przewaliły, zaczęło do niego wracać to, co dobre. Te chwile dumy ojca z syna, ale też to, że ojciec był oczytany, inteligentny, mimo że był jednocześnie przemocowcem i alkoholikiem.

Czy jeśli uda się znaleźć te "wysepki dobra", to można spróbować kontakt odnowić?

To zależy, na ile człowiek czuje się mocny, na ile będzie umiał stawiać granice. Bo może się okazać, że nie jesteśmy jeszcze tacy silni, jak nam się wydaje, i pierwsza czy kolejna próba skończy się "jak zwykle" - awanturą i cierpieniem. Bo w takich dysfunkcyjnych relacjach ten taniec jest trudno przerwać, pracowało się przecież nad jego choreografią latami.

Myślę też, że stawianie granic nie może być jedynie pustym szantażem emocjonalnym.

Co to znaczy?

Jeśli ktoś np. jedzie do matki, która całe życie wyrzucała mu, że źle żyje, źle wybiera, i od progu jest witany tym samym pytaniem co zawsze: "Wyszłaś już za mąż? Dlaczego nie wyszłaś?", a później dalej: "Nic ci się nie udało, dzieci nie masz, rodziny nie masz" - to taka osoba może odpowiedzieć matce: "Jeśli jeszcze raz tak powiesz, to wychodzę i długo mnie nie zobaczysz". Jednak jeśli zostanie mimo wszystko, to będzie tylko szantaż. I to niczego tej matki nie nauczy. Ja bym była za tym, żeby się zachować w takiej sytuacji konsekwentnie i jak się mówi, że się wyjdzie - wychodzić. Tylko w ten sposób można dać temu rodzicowi do zrozumienia, że jeśli zależy mu na utrzymaniu więzi, to pewnych rzeczy nie wolno mu robić. I już. To wymaga determinacji i przypomina, brzydko mówiąc, tresurę zwierzaka.

Ale samo wyjście też może nie wystarczyć?

No, nie. Trzeba się nauczyć nie brać tego do siebie. Odebrać poczuciu winy i odpowiedzialności za rodzica władzę nad nami. Jeśli mamy oparcie w innych bliskich ludziach, którzy nas utwierdzają w przekonaniu, że jesteśmy coś warci, to się może udać.

Dlaczego dajemy się przygnieść przez poczucie winy i odpowiedzialność?

Bo w takich sytuacjach, o jakich rozmawiamy, często mechanizm jest taki, że to dziecko bardzo wcześnie zamienia się rolami z rodzicem i zaczyna być rodzicem swojego rodzica.

Kiedy to się dzieje?

Już w pierwszych miesiącach życia, kiedy ta relacja się dopiero kształtuje. Zwykle to są takie sytuacje, gdy rodzic jest nieempatyczny, ślepy na potrzeby dziecka. Z różnych powodów - bo jest chory, depresyjny, bo jest zajęty piciem albo skoncentrowany przede wszystkim na relacji małżeńskiej z alkoholikiem. W każdym razie - on nie ma już w sobie przestrzeni, żeby empatycznie reagować na płacz dziecka, żeby zobaczyć, co temu dziecku jest potrzebne, co ono tak naprawdę mówi, co lubi, jakie w ogóle jest. Karmi je nie dlatego, że ono jest głodne, ale dlatego, żeby uspokoić siebie i mieć poczucie dobrze wykonanego obowiązku. Takie dziecko szybko uczy się zgadywać i zaspokajać potrzeby rodzica, bo wie, że bez niego nie przeżyje. Dostraja się do niego i staje się przedwcześnie dojrzałe. Rezygnuje z bycia dzieckiem, żeby zapewnić sobie, rodzicom, czasem i rodzeństwu podstawowe bezpieczeństwo, a to przecież nie jest rola dziecka! Kiedy stanie się dorosłe i wreszcie uda mu się powiedzieć: "Dość! Nie będziesz mnie znowu szantażowała tym, że umrzesz, jeśli ja się nie pojawię" albo "Nie będziesz mnie więcej upokarzał!", to wtedy po raz pierwszy w życiu odwraca ten wzorzec i mówi: "Teraz zadbam o siebie, nie o ciebie!".

To, co pani mówi, ma w sobie moc, ale przecież często temu zerwaniu kontaktu wcale nie towarzyszą pozytywne emocje.

Oczywiście, bo to jest proces. Na początku często pojawia się zdziwienie: "Jak to? To ja to zrobiłem? Miałem odwagę?". Często towarzyszy temu duma, ale też strach - i co teraz będzie? Jest poczucie straty, smutek. Ale z tej mieszanki różnych emocji wyłania się też jakaś prawda. To dorosłe dziecko zaczyna wreszcie nazywać rzeczy po imieniu, odzyskuje prawo do swoich potrzeb, uczuć, do wyrażania emocji, głównie złości i żalu, bo one są często zablokowane. Warto też dopuścić do siebie myśl, że może już nigdy nie będziemy razem, może tej relacji w żaden sposób nie da się naprawić, chociaż nie wiemy tego, bo to jednak nie jest jeszcze śmierć. Ale warto być na to przygotowanym i pamiętać, że większość rodziców stara się dbać o dzieci najlepiej, jak potrafi, choć to niekoniecznie się przekłada na bycie "wystarczająco dobrym rodzicem", z powodu ich własnych ograniczeń i problemów. Małe dziecko nie musi rozumieć tych zawiłości, nie odpowiada za nie, ale dorosłe dziecko jest już w stanie uwzględnić to w całościowym stosunku do rodziców.

Jeśli się zrobi ten porządek w emocjach - co dalej?

Może wtedy będziemy w stanie dostrzec, że mimo wszystko coś od rodziców dostaliśmy, że tak zupełnie nas nie zniszczyli i że może jesteśmy im w stanie coś dać. To będzie znaczyło, że patrzymy już na nich oczami osoby dorosłej, a nie skrzywdzonego dziecka.

Co możemy być im w stanie dać?

To zależy od tego, ile sami od nich dostaliśmy. Jeśli niewiele, to może już rozmowa z nimi przez telefon raz na jakiś czas, pytanie "jak się czujesz?" - to będzie dużo. Może wizyta raz w roku, dawanie co miesiąc pieniędzy, żeby ten rodzic nie umarł z głodu? Tyle, ile czujemy się na siłach. Chociaż są też tacy, którzy dostali od rodziców tyle co nic, nigdy się nie doczekali ich akceptacji, ale na przykład dojrzewają do tego, aby z takiego poczucia, że nie są "złymi ludźmi", wziąć na siebie tę powinność - i np. organizują nad starymi rodzicami opiekę albo jeżdżą do nich regularnie, chociaż ich nie lubią, nie mają o czym z nimi rozmawiać, źle się u nich czują. Znam osobę, która choć ma trudną relację z ojcem, odwiedza go raz w miesiącu w rodzinnym mieście, ale zawsze przy okazji spotyka się z koleżankami z dawnych lat albo organizuje sobie tam spotkanie służbowe, by nie mieć poczucia, że jedzie wyłącznie w jednym celu.

Są też tacy, którzy w ogóle sobie tego nie wyobrażają. Myśl, co zrobią, kiedy zadzwoni telefon z informacją, że matka czy ojciec, którego nie widzieli od lat, właśnie umiera bądź umarł, ich paraliżuje.

Jechać, nie jechać?

Każdy sam musi osądzić, ile zdoła unieść. Są ludzie, którzy pojadą, są tacy, którzy dopiero po latach zapalą świeczkę na grobie. Ale znałam kobietę, której z kolei matka się wyrzekła. Kiedy córka była młodą dziewczyną, powiedziała jej, że nie chce jej więcej widzieć. Powód, który ją do tego skłonił, był nieadekwatny. Ta dziewczyna latami żyła z poczuciem skrzywdzenia i niesprawiedliwości, ale też z lękiem, że nie tylko matka ją obwinia, ale że inni także obwiniają ją o to, że jest wyrodnym dzieckiem. Kiedy matka zaczęła się starzeć, ona coraz częściej myślała, jak się zachowa, kiedy się dowie, że matka jest chora albo umierająca. Była tym przerażona.

Czego się bała?

Różnych rzeczy. Własnej wściekłości, że została tak potraktowana. Bała się, że matka znów ją odrzuci i obwini, ale też tego, że będzie od niej czegoś chciała, a ona miała do niej taką urazę, że nie czuła się na siłach, aby jej coś dać. Ale pod koniec terapii zaczęła w sobie tę siłę odnajdować i nieśmiało dopuszczać myśl, że gdyby trzeba było matce podać ostatnią szklankę wody, to ona to zrobi. Już nie dla matki nawet, nie dla innych, ale dla siebie. I będzie potrafiła się z matką skonfrontować w taki sposób, że jej to już nie naruszy, że jeśli nawet matka na łożu śmierci powie: "Po co przyjechałaś? Przecież ci mówiłam, że nie jesteś moją córką", to jej to nie zabije.

Koleżanka, która wiele lat temu zerwała kontakt z ojcem, który bił ją i całą rodzinę, a potem chciał lać jej dzieci, powiedziała, że ona się już z tym pogodziła, ale najtrudniej jest jej z tym, że wciąż jest oceniana przez innych: "Jak możesz? To w końcu ojciec!".

No właśnie, mówi się o szacunku, o granicach, ale zwykle dotyczy to jednej strony - rodziców, rzadko dzieci. To wynika z naszego uwarunkowania religijno-kulturowego; dziecko stosunkowo od niedawna ma podmiotowość i widziane jest jako autonomiczny, odrębny człowiek, który ma swoje potrzeby, emocje. Niestety, rodzice wciąż bardzo często traktują swoje dzieci jak przedłużenie siebie.

Urodziłam cię, spłodziłem cię, to mi się należy.

To coś więcej: urodziłam cię, spłodziłem cię, więc jesteś moją własnością. Kiedy tak się myśli, trudno przyjąć, że dziecku też należy się szacunek, że ono też ma jakieś prawa.

Tracąc więź z rodzicem, co naprawdę tracę?

Część siebie. Przygotowując się do tej rozmowy, pomyślałam o takiej metaforze, że to jest trochę tak, jakbyśmy się zdecydowali na amputację zainfekowanej ręki czy nogi, żeby ta gangrena już nas nie toczyła. Przeżyjemy. Będziemy zdrowi. Ale kulawi albo jednoręcy.

Myślę, że traci się też nadzieję na to, iż jest się kochanym przez najważniejsze dla nas osoby - tak bezwarunkowo, za to, że jesteśmy tacy, jacy jesteśmy. Traci się też przynależność do rodziny. Często odcinając się od korzeni, mamy też poczucie dodatkowego ciężaru - że pozbawiając nasze dzieci kontaktu z babcią czy dziadkiem, w jakiś sposób je okaleczamy.

Ale też chronimy? Przecież chodzi o to, żeby gangrena nie rozprzestrzeniała się dalej

Oczywiście, ale to jest skomplikowane. Bo czasem może się okazać, że dziadkowie będą dla wnuków inni, niż byli dla nas - bo są mniej przyciśnięci przez życie, przez relacje z mężem czy żoną, że ta odpowiedzialność za wnuki jest mniejsza i łatwiej ją unieść. I jest szansa, że w stosunku do wnuków będą się zachowywać bardziej przytomnie niż w stosunku do nas. Trzeba też pamiętać, że nasze dzieci chroni również to, iż to my jesteśmy dla nich najważniejsi, w nas mają oparcie. I my możemy im np. wytłumaczyć, że babcia ma tak, że najpierw rozkręca zabawę, angażuje się w nią, a jak się zmęczy, to robi się wściekła i wrzeszczy na nie, że zrobiły bałagan i głośno się zachowują. Możemy wyjaśnić dzieciom coś, czego nikt nam nie wyjaśniał, i je w ten sposób "odbarczyć" z poczucia winy, które znamy.

Możemy też zdecydować, że nie chcemy zostawiać babci dzieci pod opieką.

Możemy. Teraz mamy wybór.

A kiedy tego kontaktu z rodzicami nie mamy w ogóle, a dzieci o dziadków pytają?

To przecież nic nie stoi na przeszkodzie, żeby o nich opowiedzieć tak, jak się potrafi. Ile uważamy za stosowne. Można w ten sposób poszukać tych "wysepek dobra", ale też nie idealizować. Nie ma takiej potrzeby.

Co jeśli rodzic naciska na kontakt, a my wiemy, że zdrowiej dla nas będzie go nie mieć?

Jeżeli naciska, a my wiemy, że dalej będziemy to odchorowywać albo że ucierpi na tym nasza rodzina, bo ten rodzic z butami wejdzie w nasze życie, jeśli mu na to pozwolimy, nie szanując nikogo ani niczego, to niestety, musimy wytrwać w tym, co jest dla nas ważniejsze. Czy to, że będę mieć kontakt ze swoją matką, która co tydzień mówi mojej żonie, jaka jest beznadziejna, a mnie - jak się na mnie zawiodła i jak ją strasznie opuściłem? Czy to, że moja żona będzie cierpieć, że ja będę cierpieć i mieć poczucie winy, ale za to moja matka będzie zadowolona? Trzeba się na coś zdecydować i to jest bolesne. Warto jasno postawić sprawę: albo matka będzie szanować moje warunki, na których ma mieć ze mną kontakt, albo tego kontaktu nie będzie.

Są ludzie niezmiennie niszczeni przez rodziców, a mimo to decydują się trwać w tej relacji. Dlaczego?

Z lęku. Co ludzie powiedzą, ale też co ja sam będę myślał o sobie, kiedy tę relację poluźnię lub wręcz zerwę. Znam kobietę, którą matka trzymała całe życie na smyczy i zawsze uważała, że córka jest dla niej, a nie ona dla córki. Ta kobieta jest piękna, wykształcona, po czterdziestce, ale nie udało jej się ułożyć życia prywatnego. Wciąż zabiega o to, by matka wreszcie była z niej zadowolona. I wciąż jej się wydaje, że za mało dla matki robi.

A co robi?

Matka ostatnio poważnie zachorowała, więc córka znalazła jej świetny szpital, dobrych lekarzy, zagwarantowała opiekę na najwyższym poziomie - ale usłyszała, że jest wyrodną córką, że matkę w tym szpitalu umieściła. Od trzech lat nie wyjechała na urlop, bo każdą chwilę poświęca na to, żeby jechać do matki, żeby z nią pobyć, za każdym razem narażając się na stek obelg i przykrości.

A chciałaby gdzieś pojechać?

Chciałaby, ale "matki się przecież nie zostawia". Ten głos w jej głowie: co ludzie powiedzą?, a tak naprawdę: co matka powie? - kompletnie ją blokuje. No a przecież w sumie wiadomo, co matka powie. Kolejny problem polega na tym, że jeśli nawet udałoby się jej z tej matni w końcu wyrwać, zdobyć na odwagę i wyjechać, to ona nie bardzo ma nawet z kim, bo przez te wszystkie lata dbała o matkę, ale nie nauczyła się dbać o siebie. I to wcale nie są rzadkie przypadki.

Ostatnio zresztą ktoś mi opowiadał o pewnej kobiecie, którą spotkał za granicą. Też miała bardzo pogmatwaną relację z matką i z lęku przed nią zajmowała się nią do jej śmierci. Cały czas żyjąc nadzieją, że jak już matkę pochowa, to zacznie wreszcie żyć. Jej matka umarła, kiedy ona miała lat 60. I okazało się, że już na wszystko jest za późno, że ona już nie ma siły spełniać swoich marzeń, już nie otworzy kwiaciarni, którą chciała mieć, z nikim się nie zwiąże, bo nie potrafi - że w pewnym sensie zaprzepaściła swoje życie.

Czyli śmierć matki od niczego jej nie wyzwoliła?

Bo śmierć sama w sobie niczego nie rozwiązuje. Jeśli my nie dokonamy tej separacji wcześniej, to śmierć niczego nie zmieni. Będziemy jeździć co drugi dzień na ten grób, jeśli nie realnie, to symbolicznie. Będziemy mieć poczucie winy, zatruwać się myślami. Będziemy na okrągło przeżywać te krzywdy, tę złość, ten żal. Bo tak naprawdę tylko dobra więź z rodzicem pozwala na dobrą separację - uzyskanie dorosłej autonomii, wzajemny szacunek. Jeśli to nie miało miejsca, musimy w dorosłym życiu, niestety, włożyć w to więcej wysiłku. W przeciwnym razie nawet wyjazd na drugi koniec świata niczego nie załatwi.



Rozłamy w rodzinach - destrukcyjne czy wyzwalające? Monika Tutak-Goll

Kiedy się mówi o szacunku, o granicach, zwykle dotyczy to tylko jednej strony - rodziców, rzadko dzieci

Nigdy nie usłyszał od ojca, że go kocha. Ojciec nigdy go nie przytulił, całe życie krytykował, poniżał, znęcał się nad nim psychicznie. Wyzywał, wyśmiewał przy dziewczynach, które syn przyprowadzał do domu. A do tego wszystkiego pił. Potem porzucił rodzinę, uciekł z młodszą kobietą. Syn próbował szukać z nim kontaktu, pojednać się - daremnie. Każda rozmowa kończyła się przerzucaniem winy. Ojciec nie potrafił powiedzieć: "Masz rację, skrzywdziłem was". Zawsze zaczynał: "Bo to ty byłeś ", i zaczynało się wypominanie. Syn zerwał kontakty z ojcem. Uważał, że tak będzie dla niego lepiej.

Kiedy ojciec zmarł, syn nie poszedł na jego pogrzeb. Cała rodzina nie mogła tego zrozumieć: "Matki i ojca się nie wybiera!" - mówili. "Jak mogłeś to zrobić?" - pytali. Nikt go nie rozumiał, a jeszcze bardziej nie mogli pojąć, że syn nigdy nie czuł się winny. Na grób ojca poszedł, kiedy był już na to gotowy, kiedy wybaczył. Zapalił lampkę.

Tę historię znam z reportażu telewizyjnego. Mało kto może powiedzieć, że nie miał pogmatwanych relacji z rodzicami. Jak nie z ojcem, to z matką. Czy rozłamy w rodzinach sieją tylko spustoszenie? Czy rzeczywiście powodują zawsze depresje, uzależnienia, problemy w relacjach? A może są wyzwalające? I dlaczego kiedy ojciec porzuca rodzinę, nie oburza nas to tak bardzo jak to, że syn świadomie ucina kontakty z ojcem dla swojego dobra? Kiedy dzieci wycofują się z destrukcyjnych relacji, słyszą najczęściej: "Jak możesz, to twój ojciec!".

"Mówi się o szacunku, o granicach, ale zwykle to dotyczy tylko jednej strony - rodziców, rzadko dzieci. To wynika z naszego uwarunkowania religijno-kulturowego, dziecko od stosunkowo niedawna ma podmiotowość i widziane jest jako autonomiczny, odrębny człowiek, który ma swoje potrzeby, emocje. Niestety, rodzice wciąż bardzo często traktują swoje dzieci jak przedłużenie siebie, jak swoją własność" - tłumaczy w rozmowie o zerwanych więziach Ewa Chalimoniuk, psychoterapeutka. I dodaje: "Może kiedyś będziemy w stanie dostrzec, że jednak coś od rodziców dostaliśmy, że tak zupełnie nas nie zniszczyli. I to będzie oznaczało, że patrzymy już na nich oczami osoby dorosłej, a nie skrzywdzonego dziecka".

Na wszystko potrzeba czasu, spokoju, do wszystkiego trzeba dojrzeć. Zmiany zacznijmy od siebie: traktujmy nasze dzieci tak, jak byśmy chcieli, by one potem traktowały nas na starość.