sobota, 29 listopada 2014

dobranoc





pewna sobota

Dokąd lecą dusze gdy lecą gdzieś na tamten świat..?
czy za ciałem im się ckni, czy miło kiedy ciała brak??..
Dokąd idą | Voo Voo






zawsze chciałam być KIMŚ nie NIKIM
pisarką,malarką,kimś
chciałam mu udowodnić,że jestem coś warta
nadal jestem NIKIM ale mogłam być takim zwykłym nikim
a tak jestem NIKIM z kompleksami

w podstawówce miałam świadectwa z czerwonym paskiem
wszystkie
a jednak kiedy wracał z wywiadówki trzęsłam się ze strachu
zawsze znalazł powód,żeby się wściec
zazdrościłam innym koleżankom
nie mogłam uwierzyć,że mogą wychodzić się bawić
ja musiałam rysować marginesy,tak na zapas

po skończeniu podstawówki przestałam się starać
i tak będę nikim

do zdjęć nas ustawiał wg wzrostu
nie można było machać ręką,zrobić głupiej miny

strojenie choinki  kończyło się płaczem
źle wieszałyśmy bombki
"bez poczucia piękna"
wolał zrobić to sam

do wszystkiego brakowało mu cierpliwości
nie był złym człowiekiem ale chyba nie powinien mieć dzieci
starał się na swój sposób ale nie nadawał się do tej roli

przyszłam pokazać mu pierścionek zaręczynowy
wygonił mnie
skoro nie było go na zaręczynach to reszta go nie obchodzi

każda z nas wraz z otrzymaniem dowodu osobistego
"uciekła" z domu
dziecko pełnoletnie go już nie obchodzi

potem było coraz gorzej



niedawno oglądałam stare zdjęcia
nie byłam brzydka,ani głupia
ale nie dla niego



teraz go nie ma
czuję pustkę,żal,smutek
już nie mam komu udowodnić że jestem KIMŚ
dalej jestem NIKIM
i dla niego i dla siebie

piątek, 28 listopada 2014

dobranoc




piątek

(…) nie jestem przecież własnym patentem.
Nie wymyśliłem samego siebie.
To nie tylko inni muszą mnie znosić.
Ja sam muszę także siebie samego znosić
i nie idzie mi to wcale łatwo.

— Marek Hłasko

nie chcę żeby ktoś na siłę mnie uszczęśliwiał
bo ja kocham swoją samotność
z taką sama siłą jak jej nienawidzę
tylko pan zna lekarstwo...




czwartek, 27 listopada 2014

ćwartek



Peggy Sue dla której przyszycie guzika było takim samym wyzwaniem jak zdobycie Mont Everest
dostała maszynę do szycia
mało tego,że dostała
Peggy Sue od trzech dni szyje!
jeżeli to co szyje będzie wyglądało jak cokolwiek normalnego
to będzie musiała założyć kolejnego bloga





niedziela, 23 listopada 2014

niedziela










sobota, 22 listopada 2014

sobota

zmaterializowała się
przybyła
i zamieszkała ze mną






piątek, 21 listopada 2014

piątek

...i nagle okazało się,że jest tyle wspomnień
i niekoniecznie samych złych...





poniżej teksty krwawych piosenek,
które (śpiewały mi Babcia i Mama) pewnie mnie ukształtowały
prawie wszystkie znam na pamięć
i ja też śpiewałam je Młodemu do snu

Na trzecim piętrze za firankami.
Mieszkała panna z rodzicielami.
Pięknej urody, zwinna jak myszka.
Na imię miała panna Franciszka.

A jej to ojciec, co był rzeźnikiem,
Zabijał świnie ostrym kozikiem.
I krew się lała do wielkiej miski.
Taki był ojciec panny Franciszki.

A jej to matka, co sklepik miała,
Co ojciec zabił, to sprzedawała.
Ćwierć kilo żeber, pół kilo kiszki,
I oto matka panny Franciszki.

Na trzecim piętrze za firankami,
Mieszkał studencik z rodzicielami.
I tak kupował po jednej kiszce,
Aż się zakochał w pannie Franciszce.

A gdy się ojciec dowiedział o tym.
Kazał studenta zarąbać młotem.
I tak powiedział ''Nie dla psa kiszka,
Nie dla studenta panna Franciszka!''

Gdy umierali kazali sobie,
Złote litery wyryć na grobie.
''TU LEZY STUDENT Z PANNĄ FRANCISZKĄ,
CO DLA MIŁOŚCI STRULI SIĘ KISZKĄ''

A morał z tego taki wynika,
nie kochaj nigdy córki rzeźnika.
Bo jak cię jakieś napadnie licho,
to się z miłości otrujesz kichą.



Nad domami szara mgła, silny wicher ją rozdyma,
co dzień do fabryki szła - fabryczna dziewczyna.

Co dzień o czwartej rano ryk syren budził ją,
z melodią rozśpiewaną, z dala od świata stron*

Nad domami...

W fabryce pracowała już od najmłodszych lat.
W fabryce pokochała chłopca i cały świat.

Nad domami...

Kiedyś fabryczne koła w tryby wciągnęły ją.
Krew popłynęła z czoła, oczy zalane krwią.

Nad domami szara mgła, silny wicher ją rozdyma.
Już nie będzie tędy szła fabryczna dziewczyna.



Cztery mile za Warszawą
wydał ojciec córkę za mąż.

Wydał ci ją za Hendryka,
za wielkiego rozbójnika.

On po górach, on po lasach,
ona sama w tych szałasach.

Raz jej przyniósł chustkę białą,
całą we krwi umazaną.

Żono, żono, wypierz mi ją,
na słoneczku wysusz mi ją.

Żona prała i płakała,
bo tę chustkę poznawała.

To jest chustka brata mego,
dzisiaj w nocy zabitego.

Hendryk nie spał, wszystko słyszał
i ze złości ledwo dyszał.

Żono, żono, weź swe szaty,
to pójdziemy na przechaty.

Wyprowadził ją na łączkę
i wyłamał białą rączkę,

Śliczne oczka powyjmował
i tej nocy ją pochował.

O północy dzwony grają,
to Hendryka powieszają.



Był sobie król, był sobie paź
i była też królewna.
Żyli wśród mórz, nie znali burz
rzecz najzupełniej pewna.

Kochał się król, kochał się paź
kochali się w królewnie
I ona ich pokochała,
kochali się wzajemnie.

Aż stała się pewnego dnia
rzecz niesłychanie straszna.
Króla zjadł pies, pazia zjadł kot,
królewnę myszka zjadła.

Lecz żeby Wam nie było żal
córeczko ukochana
z cukru był król, z piernika paź,
królewna z marcepana.



Pod zielonym jaworem, jaworem
stoi lipka zielona (bis)
a pod tą lipką piękna krakowianka
zbierała listki do wianka. (bis)
Król się o tym dowiedział, dowiedział w
trzysta koni przyjechał (bis)
Witaj, ach witaj, piękna krakowianko i weź mnie, króla za męża. (bis)
Jestem biedna sierota, sierota,
nie mam srebra ni złota(bis)
Idź precz ode mnie śliczny królewiczu,
bo nie chcę ciebie za męża (bis)
Król się o to rozgniewał, rozgniewał,
List do kata napisał (bis)
Przybywaj kacie, ścinać krakowiankę,
Bo ona królem wzgardziła. (bis)
Kat przyjechał w czerwieni, w czerwieni
Krakowianka w zieleni. (bis)
Witaj, ach witaj piękna krakowianko i
weź mnie kata za męża.
Nie chciałam być królową, królową, to
tym bardziej kat ową. (bis)
Ścinaj, ach ścinaj moją białą szyję
niech ja już dłużej nie żyję, (bis)
Pod zielonym jaworem, jaworem
kat wywija toporem (bis)
wtem zadudniły kopyta na błoniu,
wpadł krakowiaczek na koniu. (bis)
A tY, kacie, umykaj, umykaj,
Krakowianki nie tykaj! (bis)
Witaj, ach witaj, piękna krakowianko,
I weź mnie sobie za męża.
Witaj, ach witaj, piękna krakowianko,
weź krakowiaka za męża.



Matulu moja, śliczną córę masz,
/oj, nie wydawaj za byle jakiego,
jej urody żal./bis
Bo jej uroda, jak bystra woda,
/a jej liczeńka pięknie przekwitają
jak w sadzie róże./bis
Ja różę urwę, nie będzie rosła,
/oj, już i moja zielona dróżeńka
cierniem zarosła./bis
Cierniem zarosła, śniegiem zawiała,
/oj, nie wiesz, nie wiesz, moja matuleńko,
gdzieżeś mnie wydała./bis

wtorek, 18 listopada 2014

.

.

modlitwy niczym mantry starych szamanów
wprowadzają mnie w letarg
nie czuję nic



wtorek






poniedziałek, 17 listopada 2014

poniedziałek



skromnie mówiąc znam autora tekstu


niedziela, 16 listopada 2014

niedziela


leżymy sobie z Filemonem
ja na łóżku
a on na biodrze,moim biodrze
herbata z cytryną
filmy
relaksing

miłej niedzieli człowieki
moja już nie będzie miła


piątek, 14 listopada 2014

piątek

strach ma wielkie oczy
poza tym,że umie napsuć krwi to ciota
to tylko ciota




czwartek, 13 listopada 2014

.

Nie jest ze mną dobrze
staram się
utrzymać życie przy sobie
obejmuję magnetofon krzesło
całuję klamkę
wychodzącą na balkon
stawiając kolejne kroki jakby
zdobywał przyczółki
idzie
prowadzącą do ośrodka rehabilitacji
aleją
siwy
pogodny
w sportowym dresie
z powyłamywanymi nogami
Bóg z nim
sen z Tobą
z tamtymi gwiazda telewizji
a ze mną nie jest dobrze
nikomu...
Jacek Podsiadło



.



na trzeźwo łzy są nie do zniesienia



środa, 12 listopada 2014

środa

robią zakupy
ona i on
ona wybiera gazety
jego kusi czekolada
i nagle on zauważa coś w jej uchu czy włosach
i zaczyna ją iskać przy ladzie w tym uchu czy włosach
ona zastyga z oczami wbitymi w próżnię
a on w pełnym skupieniu coś tam jej iska
Peggy Sue chwilę udaje,że coś poprawia przy kasie
ale to tylko sekundy a czas zdaje się złośliwie pełzać
w końcu samica goryla przypomina sobie,że nie ma bananów do owsianki
i że nie jadła dziś owsianki bo bananów nie było
i że jutro już zje wreszcie owsiankę,bo ma banany
szczęśliwa para goryli opuszcza sklep
a Peggy Sue drapie się po głowie
i sama się drapie (bo nie ma jej kto wyiskać)
i ma wrażenie,że coś od samicy goryla przelazło na nią i podgryza jej czerep



.




wtorek, 11 listopada 2014

wtorek



chciałabym,żeby ktoś mnie przytulił
powiedział,że jest dobrze
pogłaskał po głowie
(tak,bo niektórzy nie dają się głaskać po głowie
bo ten,fryzura i takie tam
ja nie mam fryzury
ale mam głowę)
potrzebuję drugiej ręki
a może trzeciej
takiej tylko do głaskania
i nóg innych by za mnie poszły do pracy
nowego ciała
żeby stare mogło zgnić w różowej pościeli
nowego życia,żeby poprawić stare

i płukanie mózgu na godzinę przed pójściem do pracy








sobota, 8 listopada 2014

dobranoc







sobota

Dlaczego dorosłe dzieci zrywają więzy z rodzicami?-Agnieszka Jucewicz rozmawia z Ewą Chalimoniuk, psychoterapeutką

Może kiedyś będziemy w stanie dostrzec, że jednak coś od tych rodziców dostaliśmy, że tak zupełnie nas nie zniszczyli. I to będzie oznaczało, że patrzymy już na nich oczami osoby dorosłej, a nie skrzywdzonego dziecka


Ewa Chalimoniuk - psychoterapeutka PTP związana z Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie. Prowadzi terapię indywidualną, rodzinną i grupową. Specjalizuje się w pracy z osobami po stracie i z doświadczeniem traumy

Co takiego sprawia, że dorośli ludzie zrywają kontakt ze swoimi rodzicami?

Najczęściej decydują się na to osoby z rodzin dysfunkcyjnych, wobec których dochodziło do emocjonalnych, fizycznych albo seksualnych nadużyć. Ale też ludzie, którzy czują się nieprzyjmowani przez rodziców takimi, jacy są - bo np. nie chodzą do kościoła albo mają inną orientację seksualną. To są również ci, których rodzice w ogóle nie widzieli.

Jak to?

Miałam pacjentkę, której matka nigdy "nie pamiętała", ile ona ma lat, "nie wiedziała", co studiuje, i za każdym razem, kiedy się z nią widziała, stawiała na stół mięso, chociaż córka była wegetarianką. Nic się nie zmieniło, kiedy pacjentka miała lat 60, a jej matka - 85. Matka nigdy nie była zainteresowana tym, żeby kochać, tylko wyłącznie tym, żeby ją kochano.

Zresztą takie dzieci potem w dorosłym życiu często doświadczają powtórnego, a nawet wielokrotnego odrzucenia przez rodziców.

Jak takie powtórne odrzucenie wygląda?

Np. ludzie ci w pewnym momencie zbierają się na odwagę i przypominają rodzicom o krzywdach, których doznali w dzieciństwie, albo upominają się o szacunek dla swoich wyborów. Liczą na to, że ich krzywda zostanie w końcu uznana, że zostaną przez tych rodziców wreszcie przyjęci - ze swoim żalem, złością, poczuciem opuszczenia. Im już nie chodzi o słowo "przepraszam", ale o akceptację

Chcieliby usłyszeć: "Kocham cię takiego, jaki jesteś"?

To jest to największe marzenie, ale chyba w takich przypadkach nadzieja na to, że to się usłyszy i że to będzie szczere - jest niewielka. Oni chcieliby przynajmniej usłyszeć: "Masz rację, było tak, jak mówisz" albo "Tak, to prawda, nie widzieliśmy ciebie, nie zdawaliśmy sobie sprawy, że ty tak przeżywasz. Widzieliśmy tylko swoje wyobrażenia, swoje potrzeby, swoje lęki, swoją złość". To nie muszą być dokładnie te słowa. Chodzi o przekaz, intencję.

A co zwykle słyszą?

"A co ty mi opowiadasz!", "Wymyślasz sobie!", "Chyba nie wiesz, do kogo mówisz?!" Pamiętam pacjentkę, która była wykorzystywana seksualnie przez ojca, a kiedy po latach terapii, wspierana przez męża i jego rodzinę, zdobyła się na to, żeby się z nim skonfrontować, usłyszała: "Sama się o to prosiłaś!". Zresztą matka powiedziała jej to samo. Wina po raz kolejny została przerzucona na nią.

Zerwanie więzi jest dla takich osób rodzajem ratunku?

Nie w sensie życia, chociaż i tak się dzieje. Ale w sensie ochrony elementarnej godności, szacunku do siebie, poczucia własnej wartości, a przede wszystkim - kondycji psychicznej. Osoby, które decydują się na ten krok, mówią, że kontakt z rodzicem, który bez przerwy ich odrzuca, powoduje chaos emocjonalny. One nie wiedzą, co mają myśleć, kto ma rację, czy mają prawo tak się czuć. Po takim kontakcie czują się wręcz "chore" i muszą długo dochodzić do siebie. W grupie, w której pracuję z takimi osobami, ktoś powiedział, że po każdej wizycie u rodziców czuje się, jakby mu "upuszczano krew". Coś w tym jest. Wycofanie się z takiej destrukcyjnej relacji sprawia, że przestaje się żyć w napięciu, w ciągłym oczekiwaniu, że może rodzice wreszcie mnie usłyszą.

A co z nadzieją, że oni się jednak zmienią?

Ona jest wiecznie żywa. W tym pierwszym odruchu zerwania kontaktu zwykle o to chodzi, żeby rodzic przejrzał na oczy, zobaczył, co traci. I przez tę stratę zobaczył mnie.

Z taką nadzieją chyba trudno się pożegnać?

A ja myślę, że czasem właśnie trzeba. To nie oznacza, że koniecznie musimy się pożegnać z tym konkretnym rodzicem, ale właśnie z nadzieją, że on będzie inny.

Bo nie będzie?

Mała szansa, że on się diametralnie zmieni, że pójdzie na terapię, zobaczy swoją odpowiedzialność. Chociaż czasem takie radykalne cięcie sprawia, że ten rodzic się reflektuje, coś na miarę swoich możliwości zaczyna rozumieć - i tę więź można próbować odbudować na nowych zasadach, jeśli jest wola z obu stron. I jeśli on nie udaje, że się zmienił tylko z lęku, że zostanie sam. Ale ta relacja nigdy nie będzie taka, jak ją sobie wymarzyliśmy.

Co pomaga nam zaakceptować to, że ten rodzic się już nie zmieni?

Dostrzeżenie, że on być może nie potrafił inaczej, że może sam był ofiarą nadużyć. Tak samo jak on krzywdził nas, jego krzywdziła na przykład matka, a wcześniej matka matki. Takie wzorce często są przekazywane z pokolenia na pokolenie nieświadomie. Nie chodzi o to, żeby tego rodzica usprawiedliwiać, tylko żeby zobaczyć go w całym kontekście.

Jeśli krzywda jest wielka, to trudne.

Czasem to wręcz niemożliwe. Trzeba się bardzo wzmocnić, żeby umieć i chcieć to zobaczyć, ale to się dzieje. Ludzie to robią przy pomocy terapeutów, wspierających przyjaciół albo kiedy założą rodzinę i znajdą w niej oparcie. Zaczynają widzieć, że owszem, mają swoje ograniczenia i wady, ale to nie oni są zaburzeni, to nie oni zawinili, chociaż wciąż to słyszą. Znajdują w sobie tyle siły, że umieją postawić rodzicom granicę i nie dają się dłużej ranić. Przeżywają stratę tego, czego nie dostali, a co im się należało "jak psu micha", ale też umieją się dokopać do tych - jak to nazywam - "wysepek dobra", na których da się zbudować coś pozytywnego.

Co może być taką "wysepką dobra"?

To może być nawet poczucie wdzięczności, że ja żyję dzięki nim, że dzięki nim mam męża, dzieci, które są dzisiaj dla mnie najważniejsze na świecie. Może oni nigdy mnie nie przytulili, nigdy nie powiedzieli "kocham", ale za to zawsze byłam syta, ubrana, miałam książki. To już coś. To nie muszą być wielkie rzeczy.

Miałam pacjenta, który miał dramatyczną relację z ojcem - katem, był po próbie samobójczej. Czuł, że zawiódł w roli męża i syna, i to było dla niego nie do zniesienia. Na początku wydawało się, że w jego historii rodzinnej są tylko zgliszcza, że nie uda mu się zobaczyć w tym ojcu niczego dobrego, ale po jakimś roku zaczęło mu się przypominać, jak ojciec pękał z dumy, kiedy on zwyciężał w walkach na pięści na podwórku z innymi chłopcami. Bo ojciec z kolegami wymyślili sobie taką rozrywkę, że synów wystawiali do "walk kogutów".

I to wspomnienie naprawdę pozwoliło mu jakoś ocalić tę relację w pamięci?

Paradoksalnie - tak, chociaż na początku musiał wyrzucić z siebie całą tę żółć, nienawiść i złość na ojca, ale też ulgę, którą poczuł, kiedy ojciec zapił się na śmierć. Kiedy te emocje się w nim przewaliły, zaczęło do niego wracać to, co dobre. Te chwile dumy ojca z syna, ale też to, że ojciec był oczytany, inteligentny, mimo że był jednocześnie przemocowcem i alkoholikiem.

Czy jeśli uda się znaleźć te "wysepki dobra", to można spróbować kontakt odnowić?

To zależy, na ile człowiek czuje się mocny, na ile będzie umiał stawiać granice. Bo może się okazać, że nie jesteśmy jeszcze tacy silni, jak nam się wydaje, i pierwsza czy kolejna próba skończy się "jak zwykle" - awanturą i cierpieniem. Bo w takich dysfunkcyjnych relacjach ten taniec jest trudno przerwać, pracowało się przecież nad jego choreografią latami.

Myślę też, że stawianie granic nie może być jedynie pustym szantażem emocjonalnym.

Co to znaczy?

Jeśli ktoś np. jedzie do matki, która całe życie wyrzucała mu, że źle żyje, źle wybiera, i od progu jest witany tym samym pytaniem co zawsze: "Wyszłaś już za mąż? Dlaczego nie wyszłaś?", a później dalej: "Nic ci się nie udało, dzieci nie masz, rodziny nie masz" - to taka osoba może odpowiedzieć matce: "Jeśli jeszcze raz tak powiesz, to wychodzę i długo mnie nie zobaczysz". Jednak jeśli zostanie mimo wszystko, to będzie tylko szantaż. I to niczego tej matki nie nauczy. Ja bym była za tym, żeby się zachować w takiej sytuacji konsekwentnie i jak się mówi, że się wyjdzie - wychodzić. Tylko w ten sposób można dać temu rodzicowi do zrozumienia, że jeśli zależy mu na utrzymaniu więzi, to pewnych rzeczy nie wolno mu robić. I już. To wymaga determinacji i przypomina, brzydko mówiąc, tresurę zwierzaka.

Ale samo wyjście też może nie wystarczyć?

No, nie. Trzeba się nauczyć nie brać tego do siebie. Odebrać poczuciu winy i odpowiedzialności za rodzica władzę nad nami. Jeśli mamy oparcie w innych bliskich ludziach, którzy nas utwierdzają w przekonaniu, że jesteśmy coś warci, to się może udać.

Dlaczego dajemy się przygnieść przez poczucie winy i odpowiedzialność?

Bo w takich sytuacjach, o jakich rozmawiamy, często mechanizm jest taki, że to dziecko bardzo wcześnie zamienia się rolami z rodzicem i zaczyna być rodzicem swojego rodzica.

Kiedy to się dzieje?

Już w pierwszych miesiącach życia, kiedy ta relacja się dopiero kształtuje. Zwykle to są takie sytuacje, gdy rodzic jest nieempatyczny, ślepy na potrzeby dziecka. Z różnych powodów - bo jest chory, depresyjny, bo jest zajęty piciem albo skoncentrowany przede wszystkim na relacji małżeńskiej z alkoholikiem. W każdym razie - on nie ma już w sobie przestrzeni, żeby empatycznie reagować na płacz dziecka, żeby zobaczyć, co temu dziecku jest potrzebne, co ono tak naprawdę mówi, co lubi, jakie w ogóle jest. Karmi je nie dlatego, że ono jest głodne, ale dlatego, żeby uspokoić siebie i mieć poczucie dobrze wykonanego obowiązku. Takie dziecko szybko uczy się zgadywać i zaspokajać potrzeby rodzica, bo wie, że bez niego nie przeżyje. Dostraja się do niego i staje się przedwcześnie dojrzałe. Rezygnuje z bycia dzieckiem, żeby zapewnić sobie, rodzicom, czasem i rodzeństwu podstawowe bezpieczeństwo, a to przecież nie jest rola dziecka! Kiedy stanie się dorosłe i wreszcie uda mu się powiedzieć: "Dość! Nie będziesz mnie znowu szantażowała tym, że umrzesz, jeśli ja się nie pojawię" albo "Nie będziesz mnie więcej upokarzał!", to wtedy po raz pierwszy w życiu odwraca ten wzorzec i mówi: "Teraz zadbam o siebie, nie o ciebie!".

To, co pani mówi, ma w sobie moc, ale przecież często temu zerwaniu kontaktu wcale nie towarzyszą pozytywne emocje.

Oczywiście, bo to jest proces. Na początku często pojawia się zdziwienie: "Jak to? To ja to zrobiłem? Miałem odwagę?". Często towarzyszy temu duma, ale też strach - i co teraz będzie? Jest poczucie straty, smutek. Ale z tej mieszanki różnych emocji wyłania się też jakaś prawda. To dorosłe dziecko zaczyna wreszcie nazywać rzeczy po imieniu, odzyskuje prawo do swoich potrzeb, uczuć, do wyrażania emocji, głównie złości i żalu, bo one są często zablokowane. Warto też dopuścić do siebie myśl, że może już nigdy nie będziemy razem, może tej relacji w żaden sposób nie da się naprawić, chociaż nie wiemy tego, bo to jednak nie jest jeszcze śmierć. Ale warto być na to przygotowanym i pamiętać, że większość rodziców stara się dbać o dzieci najlepiej, jak potrafi, choć to niekoniecznie się przekłada na bycie "wystarczająco dobrym rodzicem", z powodu ich własnych ograniczeń i problemów. Małe dziecko nie musi rozumieć tych zawiłości, nie odpowiada za nie, ale dorosłe dziecko jest już w stanie uwzględnić to w całościowym stosunku do rodziców.

Jeśli się zrobi ten porządek w emocjach - co dalej?

Może wtedy będziemy w stanie dostrzec, że mimo wszystko coś od rodziców dostaliśmy, że tak zupełnie nas nie zniszczyli i że może jesteśmy im w stanie coś dać. To będzie znaczyło, że patrzymy już na nich oczami osoby dorosłej, a nie skrzywdzonego dziecka.

Co możemy być im w stanie dać?

To zależy od tego, ile sami od nich dostaliśmy. Jeśli niewiele, to może już rozmowa z nimi przez telefon raz na jakiś czas, pytanie "jak się czujesz?" - to będzie dużo. Może wizyta raz w roku, dawanie co miesiąc pieniędzy, żeby ten rodzic nie umarł z głodu? Tyle, ile czujemy się na siłach. Chociaż są też tacy, którzy dostali od rodziców tyle co nic, nigdy się nie doczekali ich akceptacji, ale na przykład dojrzewają do tego, aby z takiego poczucia, że nie są "złymi ludźmi", wziąć na siebie tę powinność - i np. organizują nad starymi rodzicami opiekę albo jeżdżą do nich regularnie, chociaż ich nie lubią, nie mają o czym z nimi rozmawiać, źle się u nich czują. Znam osobę, która choć ma trudną relację z ojcem, odwiedza go raz w miesiącu w rodzinnym mieście, ale zawsze przy okazji spotyka się z koleżankami z dawnych lat albo organizuje sobie tam spotkanie służbowe, by nie mieć poczucia, że jedzie wyłącznie w jednym celu.

Są też tacy, którzy w ogóle sobie tego nie wyobrażają. Myśl, co zrobią, kiedy zadzwoni telefon z informacją, że matka czy ojciec, którego nie widzieli od lat, właśnie umiera bądź umarł, ich paraliżuje.

Jechać, nie jechać?

Każdy sam musi osądzić, ile zdoła unieść. Są ludzie, którzy pojadą, są tacy, którzy dopiero po latach zapalą świeczkę na grobie. Ale znałam kobietę, której z kolei matka się wyrzekła. Kiedy córka była młodą dziewczyną, powiedziała jej, że nie chce jej więcej widzieć. Powód, który ją do tego skłonił, był nieadekwatny. Ta dziewczyna latami żyła z poczuciem skrzywdzenia i niesprawiedliwości, ale też z lękiem, że nie tylko matka ją obwinia, ale że inni także obwiniają ją o to, że jest wyrodnym dzieckiem. Kiedy matka zaczęła się starzeć, ona coraz częściej myślała, jak się zachowa, kiedy się dowie, że matka jest chora albo umierająca. Była tym przerażona.

Czego się bała?

Różnych rzeczy. Własnej wściekłości, że została tak potraktowana. Bała się, że matka znów ją odrzuci i obwini, ale też tego, że będzie od niej czegoś chciała, a ona miała do niej taką urazę, że nie czuła się na siłach, aby jej coś dać. Ale pod koniec terapii zaczęła w sobie tę siłę odnajdować i nieśmiało dopuszczać myśl, że gdyby trzeba było matce podać ostatnią szklankę wody, to ona to zrobi. Już nie dla matki nawet, nie dla innych, ale dla siebie. I będzie potrafiła się z matką skonfrontować w taki sposób, że jej to już nie naruszy, że jeśli nawet matka na łożu śmierci powie: "Po co przyjechałaś? Przecież ci mówiłam, że nie jesteś moją córką", to jej to nie zabije.

Koleżanka, która wiele lat temu zerwała kontakt z ojcem, który bił ją i całą rodzinę, a potem chciał lać jej dzieci, powiedziała, że ona się już z tym pogodziła, ale najtrudniej jest jej z tym, że wciąż jest oceniana przez innych: "Jak możesz? To w końcu ojciec!".

No właśnie, mówi się o szacunku, o granicach, ale zwykle dotyczy to jednej strony - rodziców, rzadko dzieci. To wynika z naszego uwarunkowania religijno-kulturowego; dziecko stosunkowo od niedawna ma podmiotowość i widziane jest jako autonomiczny, odrębny człowiek, który ma swoje potrzeby, emocje. Niestety, rodzice wciąż bardzo często traktują swoje dzieci jak przedłużenie siebie.

Urodziłam cię, spłodziłem cię, to mi się należy.

To coś więcej: urodziłam cię, spłodziłem cię, więc jesteś moją własnością. Kiedy tak się myśli, trudno przyjąć, że dziecku też należy się szacunek, że ono też ma jakieś prawa.

Tracąc więź z rodzicem, co naprawdę tracę?

Część siebie. Przygotowując się do tej rozmowy, pomyślałam o takiej metaforze, że to jest trochę tak, jakbyśmy się zdecydowali na amputację zainfekowanej ręki czy nogi, żeby ta gangrena już nas nie toczyła. Przeżyjemy. Będziemy zdrowi. Ale kulawi albo jednoręcy.

Myślę, że traci się też nadzieję na to, iż jest się kochanym przez najważniejsze dla nas osoby - tak bezwarunkowo, za to, że jesteśmy tacy, jacy jesteśmy. Traci się też przynależność do rodziny. Często odcinając się od korzeni, mamy też poczucie dodatkowego ciężaru - że pozbawiając nasze dzieci kontaktu z babcią czy dziadkiem, w jakiś sposób je okaleczamy.

Ale też chronimy? Przecież chodzi o to, żeby gangrena nie rozprzestrzeniała się dalej

Oczywiście, ale to jest skomplikowane. Bo czasem może się okazać, że dziadkowie będą dla wnuków inni, niż byli dla nas - bo są mniej przyciśnięci przez życie, przez relacje z mężem czy żoną, że ta odpowiedzialność za wnuki jest mniejsza i łatwiej ją unieść. I jest szansa, że w stosunku do wnuków będą się zachowywać bardziej przytomnie niż w stosunku do nas. Trzeba też pamiętać, że nasze dzieci chroni również to, iż to my jesteśmy dla nich najważniejsi, w nas mają oparcie. I my możemy im np. wytłumaczyć, że babcia ma tak, że najpierw rozkręca zabawę, angażuje się w nią, a jak się zmęczy, to robi się wściekła i wrzeszczy na nie, że zrobiły bałagan i głośno się zachowują. Możemy wyjaśnić dzieciom coś, czego nikt nam nie wyjaśniał, i je w ten sposób "odbarczyć" z poczucia winy, które znamy.

Możemy też zdecydować, że nie chcemy zostawiać babci dzieci pod opieką.

Możemy. Teraz mamy wybór.

A kiedy tego kontaktu z rodzicami nie mamy w ogóle, a dzieci o dziadków pytają?

To przecież nic nie stoi na przeszkodzie, żeby o nich opowiedzieć tak, jak się potrafi. Ile uważamy za stosowne. Można w ten sposób poszukać tych "wysepek dobra", ale też nie idealizować. Nie ma takiej potrzeby.

Co jeśli rodzic naciska na kontakt, a my wiemy, że zdrowiej dla nas będzie go nie mieć?

Jeżeli naciska, a my wiemy, że dalej będziemy to odchorowywać albo że ucierpi na tym nasza rodzina, bo ten rodzic z butami wejdzie w nasze życie, jeśli mu na to pozwolimy, nie szanując nikogo ani niczego, to niestety, musimy wytrwać w tym, co jest dla nas ważniejsze. Czy to, że będę mieć kontakt ze swoją matką, która co tydzień mówi mojej żonie, jaka jest beznadziejna, a mnie - jak się na mnie zawiodła i jak ją strasznie opuściłem? Czy to, że moja żona będzie cierpieć, że ja będę cierpieć i mieć poczucie winy, ale za to moja matka będzie zadowolona? Trzeba się na coś zdecydować i to jest bolesne. Warto jasno postawić sprawę: albo matka będzie szanować moje warunki, na których ma mieć ze mną kontakt, albo tego kontaktu nie będzie.

Są ludzie niezmiennie niszczeni przez rodziców, a mimo to decydują się trwać w tej relacji. Dlaczego?

Z lęku. Co ludzie powiedzą, ale też co ja sam będę myślał o sobie, kiedy tę relację poluźnię lub wręcz zerwę. Znam kobietę, którą matka trzymała całe życie na smyczy i zawsze uważała, że córka jest dla niej, a nie ona dla córki. Ta kobieta jest piękna, wykształcona, po czterdziestce, ale nie udało jej się ułożyć życia prywatnego. Wciąż zabiega o to, by matka wreszcie była z niej zadowolona. I wciąż jej się wydaje, że za mało dla matki robi.

A co robi?

Matka ostatnio poważnie zachorowała, więc córka znalazła jej świetny szpital, dobrych lekarzy, zagwarantowała opiekę na najwyższym poziomie - ale usłyszała, że jest wyrodną córką, że matkę w tym szpitalu umieściła. Od trzech lat nie wyjechała na urlop, bo każdą chwilę poświęca na to, żeby jechać do matki, żeby z nią pobyć, za każdym razem narażając się na stek obelg i przykrości.

A chciałaby gdzieś pojechać?

Chciałaby, ale "matki się przecież nie zostawia". Ten głos w jej głowie: co ludzie powiedzą?, a tak naprawdę: co matka powie? - kompletnie ją blokuje. No a przecież w sumie wiadomo, co matka powie. Kolejny problem polega na tym, że jeśli nawet udałoby się jej z tej matni w końcu wyrwać, zdobyć na odwagę i wyjechać, to ona nie bardzo ma nawet z kim, bo przez te wszystkie lata dbała o matkę, ale nie nauczyła się dbać o siebie. I to wcale nie są rzadkie przypadki.

Ostatnio zresztą ktoś mi opowiadał o pewnej kobiecie, którą spotkał za granicą. Też miała bardzo pogmatwaną relację z matką i z lęku przed nią zajmowała się nią do jej śmierci. Cały czas żyjąc nadzieją, że jak już matkę pochowa, to zacznie wreszcie żyć. Jej matka umarła, kiedy ona miała lat 60. I okazało się, że już na wszystko jest za późno, że ona już nie ma siły spełniać swoich marzeń, już nie otworzy kwiaciarni, którą chciała mieć, z nikim się nie zwiąże, bo nie potrafi - że w pewnym sensie zaprzepaściła swoje życie.

Czyli śmierć matki od niczego jej nie wyzwoliła?

Bo śmierć sama w sobie niczego nie rozwiązuje. Jeśli my nie dokonamy tej separacji wcześniej, to śmierć niczego nie zmieni. Będziemy jeździć co drugi dzień na ten grób, jeśli nie realnie, to symbolicznie. Będziemy mieć poczucie winy, zatruwać się myślami. Będziemy na okrągło przeżywać te krzywdy, tę złość, ten żal. Bo tak naprawdę tylko dobra więź z rodzicem pozwala na dobrą separację - uzyskanie dorosłej autonomii, wzajemny szacunek. Jeśli to nie miało miejsca, musimy w dorosłym życiu, niestety, włożyć w to więcej wysiłku. W przeciwnym razie nawet wyjazd na drugi koniec świata niczego nie załatwi.



Rozłamy w rodzinach - destrukcyjne czy wyzwalające? Monika Tutak-Goll

Kiedy się mówi o szacunku, o granicach, zwykle dotyczy to tylko jednej strony - rodziców, rzadko dzieci

Nigdy nie usłyszał od ojca, że go kocha. Ojciec nigdy go nie przytulił, całe życie krytykował, poniżał, znęcał się nad nim psychicznie. Wyzywał, wyśmiewał przy dziewczynach, które syn przyprowadzał do domu. A do tego wszystkiego pił. Potem porzucił rodzinę, uciekł z młodszą kobietą. Syn próbował szukać z nim kontaktu, pojednać się - daremnie. Każda rozmowa kończyła się przerzucaniem winy. Ojciec nie potrafił powiedzieć: "Masz rację, skrzywdziłem was". Zawsze zaczynał: "Bo to ty byłeś ", i zaczynało się wypominanie. Syn zerwał kontakty z ojcem. Uważał, że tak będzie dla niego lepiej.

Kiedy ojciec zmarł, syn nie poszedł na jego pogrzeb. Cała rodzina nie mogła tego zrozumieć: "Matki i ojca się nie wybiera!" - mówili. "Jak mogłeś to zrobić?" - pytali. Nikt go nie rozumiał, a jeszcze bardziej nie mogli pojąć, że syn nigdy nie czuł się winny. Na grób ojca poszedł, kiedy był już na to gotowy, kiedy wybaczył. Zapalił lampkę.

Tę historię znam z reportażu telewizyjnego. Mało kto może powiedzieć, że nie miał pogmatwanych relacji z rodzicami. Jak nie z ojcem, to z matką. Czy rozłamy w rodzinach sieją tylko spustoszenie? Czy rzeczywiście powodują zawsze depresje, uzależnienia, problemy w relacjach? A może są wyzwalające? I dlaczego kiedy ojciec porzuca rodzinę, nie oburza nas to tak bardzo jak to, że syn świadomie ucina kontakty z ojcem dla swojego dobra? Kiedy dzieci wycofują się z destrukcyjnych relacji, słyszą najczęściej: "Jak możesz, to twój ojciec!".

"Mówi się o szacunku, o granicach, ale zwykle to dotyczy tylko jednej strony - rodziców, rzadko dzieci. To wynika z naszego uwarunkowania religijno-kulturowego, dziecko od stosunkowo niedawna ma podmiotowość i widziane jest jako autonomiczny, odrębny człowiek, który ma swoje potrzeby, emocje. Niestety, rodzice wciąż bardzo często traktują swoje dzieci jak przedłużenie siebie, jak swoją własność" - tłumaczy w rozmowie o zerwanych więziach Ewa Chalimoniuk, psychoterapeutka. I dodaje: "Może kiedyś będziemy w stanie dostrzec, że jednak coś od rodziców dostaliśmy, że tak zupełnie nas nie zniszczyli. I to będzie oznaczało, że patrzymy już na nich oczami osoby dorosłej, a nie skrzywdzonego dziecka".

Na wszystko potrzeba czasu, spokoju, do wszystkiego trzeba dojrzeć. Zmiany zacznijmy od siebie: traktujmy nasze dzieci tak, jak byśmy chcieli, by one potem traktowały nas na starość.




piątek, 7 listopada 2014

piątek

"Na świecie jest jakieś siedem miliardów ludzi i akurat dzisiaj wszyscy jechali razem ze mną autobusem linii 509 na Starzyniaka.
Autobus zatrzymał się na przystanku i jakiś pan w czapce z nutrii zapytał zgniecionej drzwiami młodej dziewczyny:
- Wychodzi pani?
Na co ona odpowiedziała:
- A panu?
Drzwi się zamknęły. Pojechaliśmy dalej. Pachniało śmiercią i kaszanką"

Karol Mroziński

dziś pobiłam rekord świata
powiedziałam ja pierdole
w różnych tonacjach
sytuacjach
w ciągu dziewięciu godzin mojego marnego życia
ok miliard razy

z netu





czwartek, 6 listopada 2014

.


jednodniowy urlop
spędzony w domu
nie w łóżku,w domu
jednodniowy urlop
mało...



czwartek


środa, 5 listopada 2014

.

Śpiewam Cię
smutek Twój
strach rozcieńczyć chcę
(...)
śpiewam żal
ciężar słów
które więzi krtań

Hey - Kto tam? Kto jest w środku?




środa


myślę
rozkładam sytuację na czynniki pierwsze
zadaję pytania i dzięki zdawkowym odpowiedziom wykluczam najgorsze wyjścia
myślę
wyświetlam w głowie różne sytuacje
pytam sama siebie
tłumaczę,oskarżam,usprawiedliwiam

myślę
nie umiem zrozumieć





wtorek, 4 listopada 2014

.




wtorek

dzisiejszy dzień sponsoruje łóżko


poniedziałek, 3 listopada 2014

nadal poniedziałek

Lgniemy do tych, którzy mają nas w dupie, nie interesują się nami, zwodzą nas, tylko po to, aby potem nami wzgardzić.
Odtrącamy tych, którzy chcą nam dać samo dobro, wziąć nas takimi, jacy jesteśmy, przyjąć nas z całym inwentarzem poszatkowania, posrania, nerwic i zaszłości.

— Jakub Żulczyk

i kolejne pytania z dupy wzięte

jak daleko może posunąć się nienawiść
i czy ma swoje granice
i czy ma to jakiś sens jeśli chodzi o Rodzinę
jej zdrowie a nawet życie

a na końcu można się popłakać
że ktoś wreszcie otworzył tą pierdoloną mordę
i rozwiał choć kilka wątpliwości
bo mimo,że tak naprawdę  nic nie wiadomo
to wie się chociaż część


poniedziałek

Rozmawiam z nią i zadaje jej pytania i opowiadam jej o swoim życiu.
Mówię, że za nią tęsknie i mówię, że myślę o niej codziennie,
i mówię, że ją kocham.
Mówię, że ciągle się bronię i bronię się z całych sił i bronię się dla niej.
Zawszę będę się dla niej bronił.
Zawsze.

— James Frey "Milion małych kawałków"

jak często mówimy komuś,że tęsknimy?
i czy faktycznie czujemy tęsknotę?
i czy wykonując codzienne czynności myślimy o tym kimś,zastanawiamy się co robi,co zrobiłby w danej sytuacji,co miał na sobie i jak się uśmiechał jedząc podaną przez nas bułkę z serem?
i czy ma to coś wspólnego z miłością czy niekoniecznie ?




niedziela, 2 listopada 2014

dobry wieczór dzień dobry

tak wygląda Walter Black ,człowiek cierpiący na głęboka depresje,
gdzieś w środku niego istnieje zakochany mężczyzna (...),
ten człowiek odszedł
bez względu na to czego próbował a próbował wszystkiego Walter nie umie przywrócić go do życia jakby umarł ale nie miał na tyle przyzwoitości by zabrać też ciało,
wiec większość czasu śpi...

jak dla mnie film nie może się lepiej zaczynać


sobota, 1 listopada 2014

gód najt

z netu


piękne srebrne białe siwiutkie
chcę takie lub takie jakie ma Starr
chwilowo jestem jeno szpakowata ale z czasem....









sobota


wczoraj jedna pani życzyła mi miłego świętowania
zastanawiam się,czy aby nie za szybko?..
co prawda tam mnie boli,tu mi strzyka
ale jeszcze nie wybieram się  nigdzie
chyba