wtorek, 18 października 2011

no w Polsce to chyba już wtorek ;)

doleciałam, żyję

no wiec...
na lotnisku byłam cztery godziny przed wylotem
no co....
lepiej szybciej niż za późno

poszliśmy z młodym do kawiarni
zamówiłam kawę (kurcze naparstek kawy kosztuje krocie!!!!) wyjęłam książkę
i zaczęłam delektować się światowym życiem
do czasu...
najpierw młody zaczął się robić bladozielony i jęczeć że go boli brzuch
zaraz potem usłyszeliśmy przez megafon że...
dla naszego bezpieczenstwa powinniśmy opuścić lotnisko
po godzinnej ewakuacji i sprawdzeniu że jednak nie ma żadnej bomby
mogliśmy wrócić
poszliśmy się odprawić
a bladozielony syn zaczął się robić zielonoblady
zapowiedzieli półgodzinne opóźnienie
wiec młody oddal sie malej drzemce a ja mialam czas na zyciowe przemyslenia
nastepnie zoladek mlodego postanowil sprawdzic co znajduje sie w pobliskim smietniku
co najpierw mego synusia troche przerazilo a potem przywrocilo do zycia

sam lot to bajka
podskakiwałam na fotelu jak dziecko
nie tylko z powodów radości ale i tez przez turbulencje
widoki niezapomniane,tysiace rodzajow chmur,

Edynburg powital nas deszczem i wiatrem
ale co tam
po powitaniach i obiedzie
i tak musiałam się przejsc po ulicach miasta

(nie mam polskiej klawiatury masakra,nie poprawiam już nic więcej)